MOJE KONTO
Polityka Prywatności
Regulamin Sklepu Internetowego
Seniorzy

Trener Kołc: Chciałbym grać o najwyższe cele

– Musimy jako klub obrać cel: może to być gra o awans, o pierwszą ósemkę albo o utrzymanie. Będziemy rozmawiać i dyskutować, co możemy osiągnąć. Zależne jest to w dużej mierze od organizacji i finansów – mówi szkoleniowiec Zawiszy, Piotr Kołc.

 

Kilka tygodni temu przed meczem we Włocławku powiedział Pan: „jesteśmy najlepszą drużyną w tej lidze”. Miał Pan rację, ale było ciężko…

Oj było. Obserwatorzy, kibice porównywali tę rundę do jesiennej, a wiosną w „grupie mistrzowskiej” było siedem najsilniejszych drużyn i każdy chciał wygrać z każdym. Do tego, wiosnę rozpoczęliśmy z pozycji lidera i poważnie zaczęto myśleć o awansie. Jesienią chyba nie do końca wszyscy sobie zdawali sprawę, że będziemy walczyć o awans. Było więcej luzu. W drugiej rundzie pojawiła się presja i te naturalne, większe obciążenia psychiczne. Pracowaliśmy bardzo intensywnie i jestem szczęśliwy, że udało się zakończyć tę walkę powodzeniem.

Co się wydarzyło we Włocławku?

Zagraliśmy bardzo słaby mecz. Nie będę owijał w bawełnę i czarował, że gdybyśmy nie stracili bramki w pierwszej połowie, to byłoby inaczej. Byliśmy słabo dysponowani. Dostaliśmy gola po stałym fragmencie gry, rzucie z autu, choć doskonale wiedzieliśmy, jak Włocłavia je wykonuje. Może nie trafiłem ze składem, ale w tamtym momencie wydawało mi się, że ustawienie jest optymalne. Gospodarze byli bardzo zdyscyplinowani i zaangażowani. Wykorzystali swoje atuty. Przy pierwszej bramce nie ustrzegliśmy się błędu. Po przerwie straciliśmy drugiego gola, który praktycznie zamknął mecz. Narobiliśmy sobie dużego bałaganu. Tego dnia byliśmy po prostu słabsi.

Kolejny kluczowy mecz z Chemikiem i znowu bez gola. Remis 0:0 oznaczał stratę dwóch punktów, która dała Włocłavii szansę na wyprzedzenie Zawiszy w tabeli…

Uważam, że zagraliśmy dobre spotkanie. Pierwszy kwadrans był bardzo dobry, ale nie udokumentowaliśmy tego bramką. Gol ustawiłby mecz. Przecież w kolejnych spotkaniach strzelaliśmy mnóstwo goli. Analizy dały nam możliwość wprowadzenia korekt. Dobrze je wdrożyliśmy i był znaczący progres. Gdybyśmy zdobyli gola w pierwszej połowie spotkania z Chemikiem, to byśmy ten mecz wygrali.

Wróćmy do początku 2021 roku. Spytam przewrotnie, nie żałuje Pan tego, co się stało 19 stycznia?

Absolutnie nie żałuję. Wszystko, co sobie zakładaliśmy, wykonaliśmy. Przychodząc do klubu, nigdy człowiek nie jest pewien, czy decyzja jest właściwa, czy nie. To, co wie w dniu podpisania kontraktu i co sobie wtedy wyobrażał, po pół roku okazuje się zupełnie czymś innym. Jestem szczęśliwy, że w swoje CV wpisałem dobry wynik. Człowiek jest głodny sukcesów i chce przeć do przodu. I ja taki jestem. Zawisza Bydgoszcz to wspaniała marka i wielkie tradycje. Powiem szczerze, że pracy w żadnym innym klubie na piątym poziomie rozgrywek bym nie podjął. Tu widzę przyszłość.

Jeszcze dwa lata temu był Pan piłkarzem. Trudno było przenieść się na ławkę trenerską?

Dla mnie to była w pełni świadoma i przygotowana decyzja. Ja mógłbym jeszcze teraz grać w piłkę na poziomie trzeciej, a nawet drugiej ligi. Spokojnie dwa lata mógłbym występować na boisku. Ale uciekałby mi czas, który poświęciłem na szkolenie trenerskie. Podjąłem taką decyzję już w Gryfie Wejherowo. Grałem i pełniłem funkcję asystenta. W Sokole Ostróda dostałem propozycję pracy grającego trenera i podjąłem się wyzwania, odrzucając nawet lepszą ofertą czysto piłkarską, bo wiedziałem, co chcę robić w przyszłości. Gdyby to była oferta z ekstraklasy, to może jeszcze bym grał.

W Ostródzie łączyłem grę z funkcją pierwszego trenera, choć nie było to łatwe i zdałem sobie sprawę, że kontynuować się tego nie da.

Dlaczego Zawisza?

Na tamtą chwilę była to jedyna oferta. Przyszła w momencie, kiedy sztab, w którym pracowałem, odszedł z Podbeskidzia Bielsko-Biała. Miałem takie trochę wymuszone wakacje. Mieszkanie w Bielsku było opłacone do końca stycznia i tam spędzałem czas z rodziną. Zadzwonił wtedy do mnie trener Krzysztof Brede i uprzedził, że będzie kontaktował się ze mną dyrektor sportowy Zawiszy Bydgoszcz, bo klub szuka młodego, perspektywicznego trenera. Dwa dni rozmawialiśmy z Marcinem Łukaszewskim telefonicznie. Zostałem zaproszony na spotkanie z zarządem. Tak jak już powiedziałem, gdyby to był inny klub czwartoligowy, to bym się nie zgodzi. Ale powtórzę, Zawisza to klub z tradycjami, możliwościami organizacyjnymi i w dużym mieście. Wszystko, co usłyszałem, przekonało mnie do pracy.

Jakim stylem gra Zawisza Piotra Kołca?

Jest to styl ofensywny. Bardzo agresywny w dobrym tego słowa znaczeniu. Nasz wysoki pressing jest skuteczny. Preferujemy szybki odbiór po stracie piłki. Staraliśmy się grać piłką. Często byliśmy do tego zmuszani, bo przeciwnicy chowali się za podwójną gardą. Progres był widoczny z meczu na mecz. Taki miałem odsłuch, ale sam też widziałem, jak ciężko chłopcy pracują i dostosowują się do zupełnie nowych dla nich metod treningowych. W pierwszych tygodniach było może niezadowolenie. W piłce przecież nie da się zrobić postępu w miesiąc czy dwa. Piłka jest procesem. Im więcej jest czasu, tym więcej schematów można wprowadzić i wypracować powtarzalne zachowanie.

Mierzyłem się z takimi przemyśleniami, że być może za dużo wymagam od tych chłopaków. Pracowałem przecież w ekstraklasie, a tu mieliśmy piąty poziom rozgrywkowy. To są bardzo zdolni chłopcy, ale jednak to zupełnie inne przyzwyczajenia. Widzę, jakie są różnice w poruszaniu się czy operowaniu piłką. Bardzo ważnym aspektem jest też praca zawodowa.

Pojawiły się też nowinki taktyczne. Często, gdy atakowaliście, w obronie zostawało dwóch zawodników, a gdy przechodziliście do defensywy, to dostępu do bramki broniła linia stworzona z pięciu zawodników. Taktyka zmieniała się w czasie gry…

W nowoczesnej piłce bardzo ważne są fazy przejściowe z ataku do obrony i na odwrót. Gdy atakujemy, jesteśmy odkryci i uczymy się dobrze organizować grę po stracie piłki. Dlatego skupiamy się na szybkim odbiorze, bądź skutecznym przerwaniu akcji przeciwnika już w zalążku, aby odbudować ustawienie. Ta organizacja gry wyglądała dobrze. Traciliśmy mało goli. Kilka po stałych fragmentach. Nie udało się ustrzec błędów indywidualnych, ale to wynikało z naszej odważnej gry. Wyznaję zasadę, że lepiej bronić wysoko z dala od własnej bramki. To kosztuje więcej pracy na boisku, dlatego musieliśmy intensywnie pracować nad tym, żeby być przygotowanymi fizycznie.

Przygotowywaliście specjalnie pod konkretnego przeciwnika?

Mieliśmy przygotowane różne schematy. Szukaliśmy słabych punktów. Analizowaliśmy konkretnego zawodnika, jego słabe strony i w tym sektorze, gdzie on grał, staraliśmy się robić sobie przewagę. Pracowaliśmy nad stałymi fragmentami gry, konstruowaniem akcji…

Wiem, że nie wszystkie drużyny robiły analizę naszej gry, ale my byliśmy przygotowani. Z drugiej strony pracowaliśmy też nad grą obronną. Chociaż mecz z Mogilnem pokazał, że indywidualny błąd może przesądzić o powodzeniu akcji przeciwnika. Wiedzieliśmy, jak w polu karnym przy rzucie rożnym zachowuje się Antek Krajnyk, a jednak strzelił gola głową, mimo asysty Ariela Jastrzembskiego.

Skoro poruszył Pan wątek meczu z Pogonią. Ostatnie spotkanie w sezonie, które trzeba wygrać, aby być pewnym awansu. A jest 0:2. Co wtedy myślał trener Piotr Kołc?

Będę szczery. Nie znałem wyniku we Włocławku. Miałem nawet błędną informację, że Włocłavia prowadzi 2:1, co dawało jej awans. Nastała chwila zwątpienia. Usiadłem na ławce obok kierownika drużyny i poprosiłem go, żeby sprawdził, co tam się dzieje. Na to mój asystent Paweł Kawalec mówi, że Izbica prowadzi 2:0. Poprosiłem, żeby sprawdził jeszcze raz, bo mi coś nie gra. Potwierdził. Do tego gospodarze nie wykorzystali tam karnego. Wtedy lekko zeszło ze mnie ciśnienie. Ale wierzyłem, że jesteśmy w stanie odbić mecz i odrobić straty. Jak strzeliliśmy na 1:2, a potem na 2:2, już wtedy wiedziałem, że awansujemy.

Zawodnicy znali wynik. Powiedzieli im na boisku chłopacy z Mogilna. I bardzo mnie cieszy postawa moich piłkarzy. Wciąż dążyli do zwycięstwa. Nie odpuścili. Przecież jeszcze w 95. minucie mieliśmy sytuację bramkową.

Przyznam, że ten mecz kosztował mnie dużo stresu. Ale powtórzę, cała runda rozgrywana była już pod presją awansu.

Po meczu poszedł Pan do kibiców, by świętować awans razem z nimi. W Zawiszy jesteśmy przekonani, że kibice to dwunasty zawodnik. Czuł Pan ich wsparcie z trybun?

Jestem szczęśliwy, że jestem w klubie, gdzie są tak oddani fani. W momencie, gdy przegrywaliśmy 2:0 z Pogonią Mogilno, ani przez moment nie usłyszeliśmy z trybun negatywnej reakcji, tylko wsparcie do końca spotkania. Po meczu zostałem poproszony o wejście na trybunę wraz z zespołem, było to niesamowite uczucie, zobaczyć tak szczęśliwych ludzi, którzy docenili to, co zrobiliśmy. To jest coś pięknego. Mam już nawet swoją ulubiona przyśpiewkę, którą wraz z kibicami zaśpiewaliśmy. Z tego miejsca dziękuje im za wsparcie i wierzę, że przyniesiemy im jeszcze wiele radości.

O co powalczycie w trzeciej lidze?

Zawsze chciałbym grać o najwyższe cele. Zadam zarządowi to pytanie, jakie cele stawiają przede mną, przed drużyną. Musimy jako klub ten cel obrać. Może to być gra o awans, o pierwszą ósemkę albo o utrzymanie. Za wcześnie, by o tym mówić. Mamy jeszcze za dużo znaków zapytania. Rozmawiamy z zawodnikami. Będziemy rozmawiać i dyskutować, co możemy osiągnąć. Zależne jest to w dużej mierze od organizacji i finansów. Mamy rozeznanie, jakie w III lidze są budżety w innych klubach.

Potrzeba nam piłkarzy ogranych minimum na poziomie trzeciej ligi, a realnie z doświadczeniem w II lidze. Mamy fajny zespół, ale niedoświadczony. Gra w III lidze to ogromny skok jakościowy. Podam przykład naszego sparingu z Legią II Warszawa, drużyną z czołówki trzeciej grupy III ligi z zawodnikami, którzy trenowali z trenowali z pierwszym zespołem. Wygraliśmy 2:1 i graliśmy bardzo dobrze. W pojedynczych spotkaniach bylibyśmy sobie w stanie poradzić, ale na dystansie bardzo trudno utrzymać tę jakość, a sezon jest długi.

Na pewno trzeba ciężko pracować. Powtarzam zawodnikom, że jak się zrobi coś dla piłki, to piłka odda z nawiązką.

Będą wzmocnienia?

Wszyscy trenerzy chcą pracować z jak najlepszymi zawodnikami. W kadrze musi być też konkurencja. Najlepiej, gdy na jedną pozycję jest rywalizacja dwóch, trzech piłkarzy. Nasza drużyna jest bardzo młoda. Wzmocnienia to też szansa na szybszy proces doskonalenia dla tych, którzy chcą się rozwijać.

Jak się trenerowi podoba Bydgoszcz?

Bydgoszcz to duże miasto, jak mój rodzinny Gdańsk, więc łatwo mi się przystosować do życia tutaj. Słabo się jeździ po mieście. Dużo dziur w jezdniach, remonty, objazdy, zamknięte drogi. Na zwiedzanie tak naprawdę nie miałem jeszcze czasu.

 

KJ

 

fot. Anna Kopeć (Tygodnik Bydgoski)