Wywiad z kierownikiem pierwszej drużyny Zawiszy Bydgoszcz – Krzysztofem Jóźwikiem.

Setki meczów w barwach Zawiszy to liczba, za którą kryje się ogrom pracy, zaangażowania i oddania Klubowi. Za kulisami boiska, z dala od świateł reflektorów, przez lata dbał o to, by drużyna mogła skupić się wyłącznie na grze. Awans za awansem, setki wyjazdów, tysiące drobnych spraw, które w dniu meczowym muszą zagrać idealnie.

O drodze z Zawiszą od A klasy do III ligi, codziennej pracy kierownika drużyny, zmianach w szatni na przestrzeni lat oraz o tym, czym naprawdę jest Zawisza Bydgoszcz – zapraszamy do rozmowy z kierownikiem pierwszej drużyny Krzysztofem Jóźwikiem – jednym z tych ludzi, bez których funkcjonowanie zespołu byłoby po prostu niemożliwe.

250 meczów w barwach Zawiszy – które momenty najbardziej zapadły Ci w pamięci?

Właściwie to już 285 meczów w Zawiszy w roli kierownika pierwszej drużyny. Mecz z Wisłą Kraków był szczególną i dobrą okazją, żeby uhonorować 250 meczów, za co zarządowi klubu bardzo dziękuję. Każdy awans z Zawiszą do wyższej ligi jest szczególny i ważny i to są właśnie takie momenty, które zapadają najdłużej w pamięci. Awans z A klasy do Klasy Okręgowej, potem do IV i III ligi. Mam nadzieję, że w czerwcu 2026 będziemy mogli cieszyć się z awansu do II ligi, ponieważ Zawisza oraz jego kibice na to zasługują.

Co w pracy kierownika drużyny jest najtrudniejsze, a co daje największą satysfakcję?

Największą satysfakcję mam z tego, że mogę być częścią Zawiszy Bydgoszcz. Teraz życiowo wiem, że moim przeznaczeniem było zostanie kierownikiem drużyny i cieszę się każdą chwilą w klubie oraz każdą chwilą, kiedy przebywam z drużyną. Natomiast w pracy kierownika przy pierwszym zespole nie ma czegoś takiego, że coś jest trudne do zrobienia. Kierownik jest po to, żeby każdy problem drużyny lub sztabu trenerskiego w większym lub mniejszym stopniu rozwiązać. Ten, kto mnie zna, wie, że dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Trzeba pamiętać też, w jakim klubie jesteśmy. Zawisza to Zawisza – tutaj nie ma miejsca na półśrodki, tutaj trzeba oddać się Klubowi w 100%.

Jak wygląda dzień meczowy z Twojej perspektywy? Od czego zaczynasz pracę?

Do każdego meczu jako kierownik drużyny przygotowuję się co najmniej dwa tygodnie wcześniej. W końcowym etapie tylko spinam wszystkie tematy organizacyjne w całość. Natomiast dzień meczowy zaczynam od przyjścia do klubu przynajmniej cztery godziny przed meczem. To jest moja żelazna zasada, którą stosuję od 17 lat. Lubię wejść do szatni, kiedy jest jeszcze cisza, i od razu zobaczyć nasze hasło: „Grać dla Zawiszy to zaszczyt, walczyć to obowiązek”. Nic więcej nie trzeba dodawać. Moje ciało i umysł same zabierają się do pracy. Przygotowuję stroje meczowe, samą szatnię, protokół meczowy, pokój trenerski oraz sędziowski. Wszystko to, co jest niezbędne dla zawodników, aby mogli skupić się wyłącznie na grze w piłkę. Dzień meczowy kończy się dla mnie w domu, po ostatnim telefonie od któregoś z zawodników lub osób związanych z klubem.

Kiedy czujesz, że mecz „jest zapięty na ostatni guzik”?

Nigdy nie mam takiego poczucia, gdyż w tym zawodzie trzeba być cały czas gotowym do działania. Staram się przewidzieć, co może się wydarzyć w danej chwili. I choć jako kierownik drużyny dbam o to, żeby wszystko było przygotowane tak, jak należy, to czasem wystarczy chwila i trzeba reagować na nowe sytuacje i potrzeby drużyny – nawet po samym meczu. Natomiast nagrodą dla mnie zawsze jest fakt, że kiedy zawodnicy wychodzą już z szatni po meczu, mówią: „Kiero, było top”.

Jak zmieniła się szatnia Zawiszy przez ostatnie lata?

Pamiętam to dobrze – kiedy w lipcu 2017 przychodziłem do Zawiszy, w szatni zastałem zawodników pochodzących wyłącznie z Bydgoszczy. Byli to zawodnicy o bardzo mocnych charakterach, dla których treningi o godz. 20:30 nie stanowiły żadnego problemu. W ciężkim momencie dla klubu mocno pracowali z trenerem Jackiem Łukomskim i wzajemnie się motywowali, aby Zawisza mógł się odbudowywać. Na nic nie narzekali – tylko trenowali i cieszyli się grą w Zawiszy. Wspierali nas przy tym mocno kibice, dzięki którym to wszystko miało sens.

Na przestrzeni lat mogę powiedzieć, że każdy zawodnik, który był w Zawiszy, był ważny, gdyż każdy dołożył cegiełkę do odbudowy Klubu. Czasy się zmieniają, więc i szatnia się zmienia. Obecnie szatnia Zawiszy to jedna rodzina. Każdy każdego wspiera, każdy na każdego może liczyć. To ważne, ponieważ przekłada się to na dobrą atmosferę, a ta na wyniki na boisku. Wyniki pokazują, że ta drużyna ma charakter.

Zawsze mówię to zawodnikom, którzy przychodzą do Klubu: „Pamiętaj, w jakim Klubie jesteś”. Zawisza to kibice i ludzie. Ludzie i kibice to Zawisza. Tutaj trzeba ciężko pracować – nie ma chwili na słabość. Tylko praca, praca i jeszcze raz praca. Wszystko, co robimy, robimy dla kibiców i klubu. Oni są najważniejsi. Nikt nigdy nie może nawet przez chwilę pomyśleć, że jest ważniejszy od Klubu.

Czy miałeś kiedyś sytuację, w której „wszystko się paliło”, a mimo to udało się wszystko uratować?

Na ten moment przypominam sobie sytuację, kiedy awarii uległ autokar, którym jechaliśmy na mecz w Potulicach. Sytuacja była awaryjna, bo trener Jacek Łukomski lubi, gdy wszystko jest robione na czas. Na szczęście, jak zawsze, z pomocą przyszli kibice i kilkoma samochodami dowieźli całą drużynę wraz ze sprzętem sportowym na stadion.

Jak z perspektywy kierownika oceniasz minioną rundę?

Uważam, że runda jesienna była co najmniej dobra w naszym wykonaniu, ale stać nas na jeszcze więcej. Ktoś może się obrazić za to, co powiedziałem, ale nigdy nie zadowalam się tym, co jest – zawsze chcę więcej.

Co według Ciebie będzie kluczem Zawiszy w nowej rundzie?

Jedność w działaniu. Wszyscy w Klubie – począwszy od pracowników, przez zawodników i trenerów, aż po zarząd – musimy skupić wszystkie siły na jednym celu. Tylko w ten sposób możemy osiągnąć sukces. Każdy z nas musi jeszcze bardziej docisnąć pedał gazu i wykrzesać z siebie maksimum energii, aby na koniec sezonu każdy z nas mógł spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć szczerze, że wykonał kawał dobrej pracy.

Czy mecz z Wisłą Kraków był jednym z tych, które zapamiętamy na lata?

Ze względu na rangę meczu i poziom rozgrywkowy, na którym obecnie grają obie drużyny, zapewne tak. Jednak życzyłbym sobie – podobnie jak kibice Zawiszy – aby takich meczów było więcej i to już w wyższych ligach.

Co daje Tobie Zawisza jako Klub – poza pracą?

Pozwól, że tutaj moja wypowiedź będzie dłuższa. Wszystko, co mam, i to, gdzie jestem, zawdzięczam Zawiszy. Do końca życia będę wdzięczny Klubowi i ludziom z nim związanym. Zawisza nauczył mnie bardzo wiele i w pewnym sensie przez te lata ukształtował mnie jako człowieka. Pokazał mi, że w życiu trzeba stawiać sobie wysoko poprzeczkę i dążyć do wyznaczonego celu. Nie można się poddawać. Można w życiu upaść, ale jak rycerz należy wstać z kolan i walczyć dalej.

Prawda jest taka, że gdyby nie Krzysztof Bess, Adam Bułat, Marek Gaczkowski oraz Jerzy Mickuś, nigdy bym się w Klubie nie pojawił. Później, dzięki ośmiu latom współpracy z Agnieszką Durau, Marcinem Łukaszewskim i Sławomirem Nowakiem, którzy tworzą obecny zarząd Klubu, mogę dalej funkcjonować w Zawiszy, bo wiem, że mi ufają i że zawsze mogę na nich liczyć. Praca kierownika drużyny jest możliwa także dzięki ich wsparciu i temu, że dają mi narzędzia do wykonywania pracy, która jest dla mnie pasją i spełnieniem marzeń. Trzeba jednak pamiętać, że w Klubie i wokół Klubu jest wiele wyjątkowych osób, wraz z kibicami.

Nie mogę zapomnieć o Leszku Pawlikowskim, który był kierownikiem drużyny w B klasie i który do tej pory jest dla mnie wsparciem w sprawach organizacyjnych. Zawsze służy dobrą radą

Jest Romek Sołtan, który zawsze mi pomoże i wesprze dobrym słowem. To kibic tzw. Starej Gwardii Zawiszy, ale usłyszeć od niego, że nawet jeśli zadzwoni do Klubu Juventus czy Manchester United, to on kierownika nigdzie nie puści – jestem „nie na sprzedaż” – to naprawdę mobilizuje do pracy. Jest też Bartek Nowak, który również pomaga mi jako kierownikowi drużyny, choć wiele osób może o tym nie wiedzieć. Lubię nasze rozmowy – krótkie, ale rzeczowe i konkretne, zarówno o Zawiszy, jak i o życiu.

Kibice – na nich zawsze można polegać. Są wymagający, ale trzeba pamiętać, że jesteśmy w Klubie, w którym dużo się wymaga. Oni zawsze wierzą w nas do końca i nigdy się nie poddadzą.

Około półtora roku temu, w moje urodziny, odebrałem telefon. Usłyszałem wtedy: „Jesteś najlepszym transferem do Zawiszy od lat”. Zamurowało mnie. Nigdy bym się po tej osobie nie spodziewał takiego telefonu. Usiadłem przy biurku i się rozpłakałem. Wtedy zrozumiałem, że moje miejsce w życiu jest właśnie w Zawiszy.