Wywiad z Robertem Jarocińskim – aktorem, który zagrał Zawiszę Czarnego w serialu Korona Królów!

Robert Jarociński, aktor pochodzący z Torunia, od najmłodszych lat związany jest z Bydgoszczą. W rozmowie dla Klubu opowiada o swojej sportowej tożsamości, wspomnieniach ze Stadionu przy Gdańskiej oraz o emocjach, które towarzyszą mu do dziś.

W serialu TVP „Korona Królów” wcielił się w postać szczególną dla bydgoskiego środowiska – Zawiszę Czarnego. Tym bardziej symboliczny jest jego głos w rozmowie o Klubie i mieście.

Pierwszy mecz Zawiszy w 1986 roku – co dokładnie Pan wtedy poczuł? Czy pamięta Pan ten moment, w którym stadion „złapał” Pana na całe życie?

To był mecz z Gwardią Warszawa. Przyszliśmy z ojcem trochę spóźnieni, stanęliśmy wysoko, na koronie trybuny południowej, za bramką. Przed nami rozpościerał się cały rozgrzany już stadion. Potrafię do dziś przywołać ten obraz.  I to, że jeszcze wtedy wrażenia nie zrobił na mnie doping, ani pieśni kibiców, tylko proste reakcje całego tłumu na jakieś boiskowe zdarzenia. Tysiące ludzi naraz wstrzymywało oddech, a potem robiło: „Ooeeessuuu!”. To brzmiało, jak chóralne wykonanie jęku. Jakby dookoła nie było ludzi, tylko na tych trybunach rozsiadł się jakiś potwór o ogromnej mocy. Poczułem się w nim świetnie. Nie bałem się, że ten kolos mnie wchłania. Chciałem stawać się jego częścią. A sam mecz, zdaje się, że zremisowaliśmy 2:2

Mówi Pan, że nigdy nie stał się kibicem żadnego innego klubu. Co sprawia, że Zawisza to dla Pana coś więcej niż piłka nożna?

Nigdy nie będę z innego miasta, nigdy nie będę miał innych przyjaciół z dzieciństwa ani innej pierwszej miłości niż ta, którą miałem. Innego pierwszego, ukochanego klubu też nie. To tam, w Bydgoszczy, na Stadionie Wojska Polskiego w latach 90tych przeżywałem największe kibicowskie radości i rozczarowania. Zawisza zaistniał w moim życiu wtedy, kiedy wszystko, co dzieje się w człowieku, dzieje się po raz pierwszy. I moja pierwsza, najbliższa, najukochańsza drużyna, to była właśnie ta drużyna – z (między innymi) Andrzejem Brończykiem w bramce, z przygrabionym Darkiem Pasieką, Rzepą i maestro Kwaśniewskim w obronie, z rozpędzonym na prawym skrzydle Durdą, z wielką naszą gwiazdą – Piotrem Nowakiem, nieobliczalnym Jackiem Kotem, z blond czupryną Modrackiego mieszającą przed polem karnym przeciwnika, z kapitalnie wykańczającym akcje Krzysztofem Arndtem (od którego na dwa lata zgapiłem fryzurę), nawet z naszym ulubionym rezerwowym Krzysztofem Berendtem, z którego wszyscy się śmialiśmy, bo drewno z niego było straszne i prosto piłki nie kopnął chyba nigdy. Moja pierwsza ukochana drużyna, ubrana w niebieskoczarne barwy, mój pierwszy, ukochany klub nazywa się Zawisza Bydgoszcz. Taka jest historia rzeczy pierwszych. Rzeczy, których nic już zmieni. A miłość kibica do pierwszego klubu – jak każda miłość – jeśli jest prawdziwa, przetrwa wszystko.

Był Pan świadkiem zarówno najlepszych lat Zawiszy, jak i jego najtrudniejszych momentów. Który okres najbardziej ukształtował Pana jako kibica?

Koniec lat 80tych, początek 90tych. Na drugą ligę chodziłem jeszcze nieregularnie, ale po słynnych barażach z GKSem Jastrzębie i awansie w 1989 do Ekstraklasy, miałem wrażenie, że moje serce i w ogóle serce całego miasta zaczęło bić przy Gdańskiej 163. Zawisza wtedy stanowił najważniejszą część mojej bydgoskiej tożsamości. Miasto jako takie było w impasie, przemysł w upadku, w Polsce mówiono na nas „Brzydgoszcz”. Jedynym, z czego mogłem być dumny, co dawało miastu rozpoznawalną jakość był Zawisza. Nastały sezony, w których nie opuściłem meczu. Byłem nawet na kilku wyjazdach.

Gdy dostał Pan propozycję zagrania Zawiszy Czarnego w serialu „Korona Królów. Jagiellonowie”, czy od razu poczuł Pan, że to coś więcej niż zwykła rola aktorska?

Oczywiście. Powiem więcej – nie poszedłbym na ten casting, gdyby nie chodziło o rolę Zawiszy. Nie interesowało mnie zagranie jakiegokolwiek rycerza tamtego czasu. Interesowało mnie wyłącznie zagranie Zawiszy Czarnego.

Czy miał Pan poczucie, że gra Pan nie tylko historycznego rycerza, ale też symbol, który od lat funkcjonuje w świadomości kibiców Zawiszy Bydgoszcz?

Tak, ale w pracy nad rolą musiałem się od tych kontekstów odkroić. Nieszczęście w graniu wielkich historycznych postaci – obojętnie czy to wielka postać dla klubu, dla świata, dla kraju, czy dla miasta – polega na tym, że wszystkie one pięknie prezentują się na pomnikach, w opowieściach czuć ich historyczny blask, wielkość, marmurowość i symboliczność, ale żeby je wiarygodnie zagrać, trzeba je z tych pomników zwalić, o tych legendach zapomnieć i tchnąć w nie zwykłe życie. W robocie aktorskiej im bardzie usiłuje się zagrać symbol i wielkość, tym bardziej drewniany jest efekt.

Zawisza to symbol waleczności, honoru, ikona rycerza, który wygrywał turnieje rycerskie i w całej Europie miał status celebryty. Ale tego nie wolno grać! Trzeba w każdej scenie szukać prostych emocji, stanów, skupiać się na sprawie, którą postać załatwia tu i teraz. Na szczęście Krzysiek Łukaszewicz – reżyser – też to świetnie rozumiał i miał do mnie duże zaufanie.

Czy grając Zawiszę Czarnego, myślał Pan czasem o współczesnym Zawiszy – klubie, kibicach, historii? Czy te dwa światy w jakiś sposób się w Panu spotkały?

Opowiem Panu historię z planu. Gramy rok 1409. Trwa wojna z Zakonem, Jagiełło usiłuje odbić Bydgoszcz z rąk Krzyżaków. Gramy sceny w namiocie króla, w polskim obozie nad Brdą. Mam do zagrania trzy sceny, w których przynoszę Jagielle meldunki z pola walki. No i gramy to. I ja nagle, między jedną sceną a drugą, mówię do Maćka Raniszewskiego, który grał innego rycerza, Zyndrama: „Maciek, ja jestem z Bydgoszczy. Jestem od dziecka kibicem Zawiszy. Nigdy nie zastanawiałem się, dlaczego mój klub nazywa się Zawisza Bydgoszcz, a nie na przykład Pomorzak Bydgoszcz… Klub był założony w 1946 roku przez wojsko, a Zawisza Czarny – wiadomo – słynny wojak, więc myślałem, że im to zaklikało i tyle! Ale teraz widzę, że tu nie ma przypadku… Skoro Zawisza Czarny walczył o Bydgoszcz w wojnie z Zakonem, to kto, jak nie Zawisza miał się stać patronem klubu wojskowego w Bydgoszczy? Założyciele na bank o tym wiedzieli! I zobacz dalej: 40 lat później zjawiam się w tej historii ja – chłopak z bydgoskiego Szwederowa, który staje się kibicem Zawiszy. Dlaczego Zawiszy, a nie Pomorzaka? No już wiemy – bo to Zawisza walczył o Bydgoszcz. Mija kolejne 40 lat. Ten sam kibic, już jako dorosły aktor, idzie na casting do serialu historycznego. Dlaczego? Bo to casting na Zawiszę. I my teraz w końcu lądujemy znowu w roku 1409 i ja: kibic/aktor/Zawisza gram, że bronię Bydgoszczy przed krzyżackimi łapami… I jestem w miejscu, gdzie ta historia się zaczęła. Czy ty widzisz tę pętlę? Tu dziś we mnie spina się blisko 600 lat historii mojego miasta, mojego klubu i mojego kibicowania.”

Maciek mówi: „O ku*wa! Takiej podkładki w graniu żaden aktor nigdy nie miał!”

Wspomina Pan szalik zrobiony na drutach przez babcię i śpiew w Młynie jako 15-latek. Jak bardzo kibicowanie zmieniło się przez lata – a co pozostało dokładnie takie samo?

To jest ciężki temat. Albo go omijamy, albo ryzykujemy, że przywołamy historie i czasy nieciekawe, może nawet mroczne.

Nie omijajmy.

Stadion w dniu meczu jest zawsze miejscem wspaniałym, jest obietnicą pięknych i dużych emocji. Ale w latach 80tych i 90tych był miejscem diablo niebezpiecznym. Pamięta Pan Heysel? Ja oglądałem na żywo w telewizji, jak kibice Liverpoolu i Juventusu na stadionie w Brukseli się mordowali. 39 ofiar. Cały świat walczył z przemocą na stadionach, a ta przemoc nic sobie z tego nie robiła. Na Zawiszy też była powszechna i normalna. Identyfikacji nie było żadnej, bandyterka łatwo się na stadion przemycała, rewizje na wejściu były fikcją, wnieść na trybuny dałoby się wszystko, z widłami i granatnikiem włącznie. Alkohol lał się strumieniami, nikt tego nie kontrolował. Żądzę rozróby wyczuwało się na trybunach jak ulatniający się gaz. Można było oberwać od pijanego kibica z tymi samymi barwami na szyi, mojego kumpla z osiedla okradli z pieniędzy w środku sektora, pośród samych swoich – nikt nie zainterweniował. O ten wspomniany przez pana szalik, sam też stoczyłem krwawą potyczkę i to taką z przestawianiem przegrody nosa, bo szalik miałem piękny, jedyny w swoim rodzaju i okazało się, że nie tylko mi się podobał. Ale go ocaliłem. Ochrony żadnej, policja – owszem – obstawiała mecze podwyższonego ryzyka, ale dla kibica w Młynie oznaczało to tylko tyle, że oberwie raczej od policji niż od przyjezdnych. W klubowych „wojnach plemiennych” do dziś zmieniło się pewnie niewiele – sympatie i antagonizmy przetrwały, oglądam Ekstraklasę i słyszę, co śpiewają ultrasi. Różnica jest taka, że w latach 90tych nikt się z nikim nie ustawiał w lesie, bo wszyscy się trzaskali na stadionach, po meczach, albo na dworcach. Tydzień w tydzień telewizyjne relacje z ligowych meczów były jednocześnie relacjami o zdewastowanych stadionach, sklepach i wagonach kolejowych. Kibic z szalikiem to był od razu „pseudokibic”, a kibicowanie w takim społecznym odczuciu oznaczało mordobicie i przemoc. Sam mam tu czyste sumienie, ale spędziłem kilka sezonów w Młynie i oglądałem z bliska rzeczy, o których wolałbym jednak milczeć. Nie znosiłem meczów z „wrogami”, bo wtedy Młyn, z sektora środkowego trybuny wschodniej, przenosił się na tak zwane Zakole. Zakole to było nic innego jak Młyn, tylko na łuku trybuny południowej, czyli najbliżej sektora przyjezdnych, tak zwanej „Klatki”, najczęściej odseparowanej jeszcze kordonem policji. Pamiętam mecze oglądane na Zakolu, w których nie obejrzałem prawie żadnej akcji, bo całą uwagę trzeba było skupiać na uchylaniu się od kamieni i fragmentów ławek latających między Klatką, a Zakolem.

Za to mecze przyjaźni były wspaniałe! Żadnych klatek, sektory przyjezdnych niewygrodzone, dopingowanie obu drużyn, powszechna braterka i radość. Kibicowska brać – nieagresywna, upijająca się na wesoło, padająca sobie w ramiona z byle powodu, nikt nikogo nie okradał tak ordynarnie, tylko jeśli potrzebował pieniędzy, to ściągał czapkę i mówił, że zbiera na bilet do Gdyni. Areczka była wprawdzie w III lidze, ale przyjaźń z nią była tak wielka, że kibice z Gdyni przyjeżdżali do Bydgoszczy prawie na każdy mecz. I zbiórki pieniędzy na ich powroty były w Młynie powszechne.

Dziś na stadionach nie czuć przemocy. A wszyscy, którzy mamy wdrukowane w siebie te dawne odruchy, czujemy jaka to ulga. Samo kibicowanie jest teraz oczywiście bardziej wyżyłowane i lepiej zorganizowane. Sektor ultrasów każdej drużyny wypełnia właściwie wielki chór facetów w klubowych barwach, który prezentuje własny repertuar pieśni, według partytury i z dyrygenturą gniazdowego. Do tego dochodzą oprawy, sektorówki, często race, wiadomo… To jest bardzo efektowne wszystko, dobrze się to ogląda. Różnicę wyczuwam w tym, że nasz doping, w latach 90tych, był mniej odklejony od meczu i bardziej odpowiadał temu, co się działo na boisku. Jak drużyna nie dawała rady, to frustrację czuło się też w Młynie. Teraz, kiedy widzę, że drużyna ma trzy bramki w plecy, a sektor ultrasów skacze rozśpiewany jakby nigdy nic, to myślę: „Ej, czy oni w ogóle widzą, co się dzieje, czy interesuje ich już tylko własny występ?!”

Przyśpiewki w Młynie Zawiszy były spontaniczne. Inicjował je oczywiście najczęściej któryś z szefów, czyli Kola, Papież albo Kowal (z którym notabene odnaleźliśmy się po latach przez fejsbuka i mamy znów kontakt. Kowal mieszka w Berlinie i ma się bardzo dobrze. Nie uwierzy Pan, ale kilka razy w trakcie wideorozmów śpiewaliśmy sobie stare pieśni z Młyna Zawiszy!). Dopuszczalne było też inicjowanie ich samemu, czyli taki szeregowy kibic jak ja też sobie pozwalał. Miałem ogromną satysfakcję, kiedy cały Młyn podłapywał coś, co akurat odważyłem się raz po raz wrzasnąć. Opowiadałem potem kumplom na osiedlu, które pieśni poszły danego dnia z mojej inicjatywy.

No i jeszcze rytualne powroty po wygranych meczach. Nie wiem, jak to wygląda teraz. My wywieszaliśmy szaliki przez okna miejskich autobusów (w Ikarusach to było możliwe), a śpiew zdartych gardeł o ukochanym Zawiszy niósł się przez całe miasto.

Oglądając ostatni mecz z Wisłą Kraków, napisał Pan o sercu bijącym „o dwie klasy wyżej”. Czy widzi Pan dziś w Zawiszy klub, który znów ma w sobie ducha dawnych lat?

Duch pewnie jest jeden, ten sam. Ale cały futbol rzeczywiście się zmienia i to z roku na rok. Medycyna sportowa, systemy szkoleń, trening, zarządzanie drużyną, klubem… Wszystko jest inne niż kiedyś. Wszystko wymaga specjalistów, wiedzy, umiejętności, podejścia, praktyki. Na szczęście uczucia kibiców i ich miłość do drużyny mogą pozostawać niezmienne, naiwne i proste.

Gdyby miał Pan powiedzieć jedno zdanie do młodych kibiców, którzy dopiero dziś zaczynają swoją przygodę z Zawiszą – co by to było?

 

Widzimy się 4 marca i śpiewamy tak:

„Wsiąść do tramwaju byle jakiego

Wjechać na Stadion Wojska Polskiego

Ściskając w ręku kamyk zielony

Patrzeć…

Patrzeć…

Patrzę – Chojnice zostają w tyle!”

Pamiętam, jak kiedyś w trakcie któregoś meczu, Papież swoim zdartym głosem wykrzyczał do nas:

„Teraz łatwo tu być, łatwo być kibicem, bo mamy ligę i mamy sukcesy. Ale który z was przyjdzie tu do Młyna i będzie unosił barwy, kiedy Zawisza będzie w drugiej albo trzeciej lidze?”

Pomyślałem: „Co on gada?! Ogrywamy mistrza Polski na jego boisku, walczymy o puchary europejskie! W jakiej 3 lidze?! Jesteśmy WKS Zawisza Bydgoszcz! Człowieku, przestań bredzić!” Ale wyszło na to, że się poczciwy nasz Papież nie mylił. Żadna koniunktura nie trwa wiecznie. Miałem ogromne szczęście, że przydarzyło mi się dorastanie w czasach świetności Zawiszy i że przez kilka ładnych sezonów mojej młodości byłem uczestnikiem nieustającej piłkarskiej fiesty na swoim podwórku. Dziś kibicom musi być dużo trudniej. Trudniej żyć obietnicą i nadzieją sukcesu, niż smakować sukces na co dzień. Ale nadejdą jeszcze piękne dni. I cierpliwość zostanie nagrodzona. I wtedy ci, którzy dziś są blisko klubu, poczują się najlepiej ze wszystkich.

 

DO ZOBACZENIA NA MECZU! Bilety zakupicie na www.zawiszabydgoszcz.abilet.pl .